Fragment książki „Imperium czerni i złota”

część 1
Byli już dostatecznie blisko kolejowych warsztatów, żeby usłyszeć łoskot machin zakładających trakcję i zgrzyt samojazdów, towarzyszące pracom nieustannie zmniejszającym odległość Helleronu od Kolegium. Ile metrów zostało jeszcze do pokonania? Zagrabiona „Duma” mogła ruszyć w drogę jutro lub pojutrze.
Na razie spoczywała na bocznicy, pod wielkim dachem, który osłaniał ją przed kaprysami pogody. Mniejszy pojazd schowano by w szopie, ale „Duma” była zbyt wielka i wspaniała, by projektanci zgodzili się na zasłonięcie jej mechanizmu. Była nowym rodzajem pojazdu o tępo ściętym przodzie. Boki miała jednak pokryte pięknymi zawiłymi srebrnymi ornamentami, jakby była wielką ceremonialną maczugą przeznaczoną do tajemnych obrzędów. Za potężną głowicą znajdował się sam silnik błyskawiczny. Stenwold nigdy nie widział takiego. Miał przy tym obawy, że Scuto znał się na nich niewiele tylko lepiej od niego, a to on miał go zniszczyć albo wykorzystując ładunki wybuchowe, albo przeciążając i detonując sam motor. Był to wspaniały mechanizm, długi na sześć metrów, o pokrytych płytami płaskich bokach, przez które przenikały rury, przewody, zwoje i kręte lejki. Z dachu dumnie sterczał w górę półtorametrowy pręt. Za tym monumentalnym silnikiem znajdowała się kabina samego mechanika. W bardziej prymitywnych lokomotywach mogłyby tam być, powiedzmy, klapy palenisk, w których drewnem podgrzewano by kotły z wodą, żeby dostarczyć parę do tłoków. W wypadku tej machiny Stenwold nawet nie próbowałby odgadnąć przeznaczenia przyrządów kontrolnych.
Nigdzie nie dostrzegli wartowników ani straży. Podeszli do warsztatów od południa, żeby mieć lepszy widok, ale i stąd niełatwo było ocenić sytuację. Hangary mieściły się w wykopie głębokim na trzy metry i ponad dziesięć razy szerszym i dłuższym. Na całym terenie porozstawiano komórki na narzędzia i stosy rur oraz mniejsze silniki. Dałoby się wśród nich ukryć kilkunastu strażników.
Stenwold wiedział, że bez jego rozkazu nikt się nie ruszy, ale gdy go wyda, straci możliwość kontroli nad wydarzeniami. Wszystko wymknie mu się z rąk niby latająca machina, którą można wypuścić w powietrze, ale nie da się przewidzieć, gdzie wyląduje.
Nieoczekiwanie dla samego siebie odkrył, że nie może się zmusić do wyduszenia z siebie słowa.
I w tejże chwili usłyszał syk Sperry:
– Uwaga na niebo! Słyszę motoloty!
Wszyscy natychmiast się rozbiegli i unieśli kusze ku ciemnemu niebu, ale po chwili rozległ się głos Che:
– Cisza! Spokój! To Achaeos.
Zebrali się ponownie i zobaczyli opadającą nieopodal ku ziemi sylwetkę ciemca. Księżyc był w pierwszej kwadrze i dawał dość nikłe światło, a za nimi w wykopie też nie było zbyt wiele lamp, ale i przy tym oświetleniu poznanie Achaeosa zajęło Stenwoldowi tylko chwilę.
Już miał powitać ciemca, gdy ku ziemi zaczęły opadać inne sylwetki. Znieruchomiał, obawiając się zdrady, a potem poczuł nagły przypływ nadziei.
część 2
Obok Achaeosa wylądowało przynajmniej kilkunastu ćmopodobnych – wszyscy mieli w dłoniach łuki, a na piersiach skrzyżowane skórzane pasy wzorowane na pomyśle much, na które narzucili nieco skrócone opończe z kapturami. Byli wśród nich i dwaj modliszowce, mężczyzna i kobieta, w nabijanych ćwiekami pancerzach, równie wysocy i zamknięci w sobie jak Tisamon. A także ważka z długim łukiem i szarańczak trzymający w dłoniach parę sztyletów. Wszyscy byli w szarych plamiastych strojach, dlatego w cieniu i przy świetle księżyca nawet na otwartej przestrzeni i z bliska niełatwo było ich dostrzec.
– Na młot i obcęgi! – mruknął Stenwold. – Więc wasi Skryresi nareszcie ujrzeli światło! Albo dostrzegli mrok, cokolwiek wolisz...
Che, która przepchnęła się obok stryja, żeby uściskać Achaeosa, nagle się zatrzymała, spojrzała na Stenwolda z poczuciem winy, ale on w tej chwili wcale się tym nie przejął.
– Kiedy wróciłem do Tharnu, już na mnie czekali – odezwał się Achaeos, obejmując Che jednym ramieniem. W jego głosie dźwięczała obawa. – Ogłosili mnie swoim kapitanem. Skryresi… jeszcze się zastanawiają. Oficjalnie Tharn nie zajął jeszcze żadnego stanowiska w sprawie Imperium.
– To kim są ci ludzie? – zapytał Stenwold i nagle w jego umyśle zajaśniało jedno słowo. – Z Arcanum?
Achaeos obejrzał się na swoją grupę.
– Powiedzieli mi tylko, że będą walczyć z osowcami, mistrzu Makerze. Najwidoczniej niektórzy Skryresi podjęli jednak decyzję i sami ściągnęli swoich agentów. Owszem, mistrzu, to przedstawiciele Arcanum i są po naszej stronie. W tej jednej sprawie, mistrzu Makerze, są z tobą.
– Więc jak się do tego zabierzemy? – zapytał Scuto, mierząc przybyszów taksującym spojrzeniem.
– Przyglądaliśmy się temu miejscu wcześniej – stwierdził Achaeos. – Zawsze było strzeżone. Teraz wartownicy zniknęli.
– To nam ułatwia zadanie – mruknął Balkus ponad ramieniem Scuto.
– Nie, to oznacza, że się nas spodziewają – odparł Achaeos.
Stenwold musiał się z tym zgodzić.
– Wszyscy zostali zabici lub przekupieni albo może z rozkazu jakiegoś przekupionego przez Imperium magnata zdjęto posterunki. Gdzie więc kryją się osowce, Achaeosie?
– Kilku czai się w samej machinie – wyjaśnił ciemiec. – Widzieliśmy też paru poukrywanych na placu. Podejrzewamy, że jest ich więcej i że to pułapka.
– Ale skoro wiemy, że to pułapka, spróbujmy ją wykorzystać – powiedział Stenwold.
część 3
– Jeżeli się nie wycofujecie, jesteśmy z wami – oznajmił Achaeos. – Wszyscy moi ludzie złożyli przysięgę. – Skrzywił się, raz jeszcze uścisnął Che i odsunął się. – To będzie ciężka walka, mistrzu Makerze. Niedaleko stąd widzieliśmy ukrywające się dwa tuziny osowców, którzy pewnie czekają tylko na sygnał wartowników. A ich główny obóz też jest blisko. Niewątpliwie dobrze to przemyśleli i niemal natychmiast będą mogli przysłać wsparcie. Ile czasu zajmie wam zniszczenie tej machiny?
Stenwold spojrzał pytająco na Scuto, który wzruszył ramionami.
– Trudno powiedzieć. Nigdy przedtem nie musiałem niszczyć takiej bestii.
– No to będzie walka – stwierdził ciemiec z powagą w głosie.
Był blady i wyglądał bardzo młodo. Stenwold powiódł wzrokiem po twarzach zebranych. Oprócz niego, Scuto, Tisamona i szarańczaka, który przybył wraz z Achaeosem, wszyscy wydali mu się młodzikami.
– Jeżeli ktokolwiek, powtarzam, ktokolwiek zechce odejść, niech odejdzie teraz – zwrócił się do nich, ale nikt się nie ruszył. Każdy był przestraszony, może z wyjątkiem kilku takich jak Tisamon, którzy mieli zabijanie we krwi. Na miejscu trzymały ich duma i strach przed hańbą. Miał nawet ochotę powiedzieć im, że zranioną dumę da się wyleczyć, podczas gdy rana może nawet zabić, ale nie odezwał się słowem, bo teraz byli jego ludźmi. Przyszli tu zgodnie z jego planem, żeby przeżyć lub zginąć w zależności od swoich umiejętności i wyroku losu.
– Gdzie byłby z was największy pożytek? – zapytał Achaeosa.
– Możemy uderzyć, zanim ktokolwiek nas zobaczy – odparł ciemiec. – Zadamy pierwszy cios w tej bitwie. Spojrzał na modliszkę i Stenwold domyślił się, że kobieta była jego taktykiem. – Zaatakujemy – wyjaśniał dalej Achaeos – osowców ukrytych w lokomotywie i wartowników, których udało nam się wypatrzyć. Wtedy wy powinniście już biec do silnika. Jestem pewien, że podniosą alarm, ale to tylko zwiększy zamęt. Moi ludzie i wasi, którzy nie zajmą się niszczeniem machiny, będą musieli odeprzeć ataki wszystkich osowców, jacy nadbiegną. Taki jest nasz plan. Stenwold kiwnął głową.
– Nie zdołałbym wymyślić lepszego – zgodził się.


Achaeos i jego ludzie rozpłynęli się w mroku, który nie stanowił dla nich przeszkody, a Stenwold skinieniem dłoni nakazał pozostałym podejść ostrożnie i niepostrzeżenie do krawędzi wykopu. Pod ścianami warsztatów zgromadzono rozmaite rupiecie, więc zakradnięcie się do „Dumy” nie powinno być trudne. Trudniejsze będzie wyniesienie się stamtąd w jednym kawałku.
część 4
Zaczął odliczanie, ale potem stwierdził, że nie wie, do ilu powinien policzyć, więc przestał. Noc była chłodna, od wschodu wiał lekki wietrzyk, ale wokół panowała niezwykła cisza. Niełatwo było mu uwierzyć, że o rzut kamieniem obozuje kilkunastu osowców. Musieli wstrzymywać oddechy.
– Tam! – syknęła Tynisa.
Stenwold w pierwszej chwili nie dostrzegł niczego, ale był tak spięty, że zaufał jej ocenie.
– Jazda! – wydał rozkaz.
– Sir! – odezwał się jeden z ludzi Thalryka i oficer otrząsnął się z zamyślenia. Noc była cicha i nie usłyszał żadnego sygnału.
– Co jest? – zapytał.
– Zobaczyłem coś przy lokomotywie, sir.
Thalryk wspiął się na nasyp i wytężył wzrok. Jego lud nie należał do dzieci nocy, ale lampy płonące wokół „Dumy” dawały dość światła.
– Nic nie widzę… – zaczął, ale w tej samej chwili coś zobaczył.
Jednocześnie wartownik zadął w gwizdek.
Cień. Był to jedynie cień pomiędzy nim a źródłem światła, ale zobaczył wylatującego z kabiny „Dumy” człowieka. Stenwold i jego ludzie rozpoczęli atak.
– Jazda, wszyscy! – ryknął. – Desantowcy powietrzni, zabezpieczyć lokomotywę. Piechota… – W tejże chwili ujrzał ludzi zsuwających się po zboczu wykopu i biegnących ku lokomotywie. – Skoście mi ich! – Wskazał ich palcem.
Kilku jego ludzi było już w powietrzu i z rozwiniętymi skrzydłami leciało ku lokomotywie z maksymalną prędkością. Kilkunastu innych ciężkozbrojnych z włóczniami i tarczami przebiegło obok niego. Thalryk ponownie rzucił okiem na przedpole i wydało mu się, że widzi Stenwolda biegnącego na czele napastników. W tego rodzaju potyczkach dobry dowódca powinien prowadzić oddział do boju i Thalryk poczuł szacunek dla wroga.
– Hej, ty! – zwrócił się do stojącego tuż obok młodego posłańca. Mucha należał do sztabowców, a nie miejscowych, i na skórzanym napierśniku miał imperialny uniform. – Ruszaj do majora Godrana – polecił. – Powiedz mu, żeby migiem podesłał tu trzy… nie, cztery plutony. Niech przyśle też samojazd z obserwatorem do korygowania ognia.
– Tak jest, sir!
Goniec śmignął przez noc do głównego obozu. Do przybycia posiłków Thalryk i jego ludzie byli zdani na własne siły.
część 5
Stenwold nie należał do dobrych biegaczy i wielu członków jego grupy znacznie go wyprzedziło, zanim zdołał pokonać połowę dystansu dzielącego ich od „Dumy”. Słyszał przenikliwy gwizd świadczący o tym, że ciemce przegapiły przynajmniej jednego wartownika. Przed sobą widział szybkie cienie przemykające między snopami światła rzucanego przez lampy zawieszone na krawędzi wiaty, a także błyski stali, i słyszał stłumione jęki bólu i dławione okrzyki. Na przedzie byli Tisamon i Tynisa, biegnący zabójczo szybko ku lokomotywie, ale ci nie zdołają zrobić niczego więcej poza oczyszczeniem szopy z nieprzyjaciół.
Nad głową Stenwolda przemknął jakiś ciemiec. Maker zobaczył tylko rozmazany szary kształt o białych oczach naciągający cięciwę. Tracąc niemal oddech, stwierdził, że chyba wszyscy zdołali go już wyprzedzić. Zaryzykował zwolnienie biegu, by zachować siły.
Na lewo teren był niemal pusty aż do miejsca, gdzie para połączonych wagonów kolejowych tworzyła mroczną ścianę. Na prawo mrok gęstniał – dwie kupy śmieci tworzyły niemal doskonałe stożki. Biegnąc, zobaczył za nimi następną lokomotywę, średniej wielkości w porównaniu z ogromem „Dumy”, a przez jej okna ruch. To jego ludzie szli wzdłuż jej boku ku części silnikowej.
I nagle wokół niego rozgorzała walka. Widział błyski żądeł i słyszał krzyki ugodzonych. Jednego z ciemców odrzuciło na bezlitosny metalowy bok „Dumy” i wyraźnie zobaczył jasny dymek unoszący się z jego wypalonej rany. Modliszka z Tharnu skoczyła w powietrze, rozwijając skrzydła, i strąciła prowadzącego szyk osowca, choć ten rozpaczliwie usiłował zwolnić.
– Na prawo! – ryknął Stenwold. – Che! Scuto! Tis i Nisa! Do lokomotywy! Reszta za mną!
Uporządkowanie całego zamętu albo choćby powstrzymanie naporu wroga jest niełatwą rzeczą, gdy człowiek ślizga się na żwirze i żużlu, usiłując jednocześnie podnieść kuszę. Prosto na nich gnał oddział dobrze uzbrojonych i uformowanych w klin os, nacierających z uniesionymi tarczami i włóczniami. Gdy umieszczał bełt na prowadnicy napiętej już kuszy, obok niego śmignęły dwa pociski, które utkwiły w imperialnych tarczach. Klin zbliżał się nieubłaganie i Stenwold sięgnął do torby po granat.
W następnej chwili ogłuszył go słyszalny we wszystkich zakątkach warsztatów huk gwoździownicy Balkusa, który wypalił szybko trzy razy z rzędu. Ostrze klina osowców nagle się załamało – dwaj żołnierze runęli na plecy z przebitymi tarczami i zbrojami. Balkus ukląkł, usiłując wyrzucić zablokowany bolec, i kolejny bełt powalił żołnierza w głębi klina, gdy Sperra uniosła się w powietrze i zaczęła szyć we wrogów z góry. Szyk os na chwilę się rozpadł, a potem uformował ponownie i Stenwold zobaczył, że wrogowie przekładają włócznie do lewej, żeby uwolnić żądła. Znacznie więksi od niego wodzowie musieliby na jego miejscu wykorzystać cały dany im czas na rozważenie sytuacji, Stenwold jednak był cywilem do szpiku kości, ryknął więc tylko:
– Na nich!
I podpaliwszy lont granatu stalowym krzesiwem, cisnął przed siebie wydrążoną metalową kulę.
część 6
Granat odbił się od jednej z tarcz i padł obok stóp jakiegoś wojaka – nieszczęśnik nie zdążył nawet zauważyć, co go zabiło. Wybuch rozszarpał go, a deszcz metalowych drzazg sieknął w jego najbliższych towarzyszy. Jakiś niewielki ochłap trafił prowadzącego przeciwnatarcie Stenwolda w ramię.
Zaraz potem zderzyli się z wrogami.
Stenwold wyrwał miecz z pochwy i w następnej chwili znalazł się w samym środku zamętu. Wbił sztych pod nie osłoniętą zbroją pachę jakiegoś osowca, który padając, wczepił się w niego. Obok niego żukowiec w zbroi strażnika opuścił halabardę, rozcinając tarczę i ramię, które ją trzymało. W pobliżu dwakroć huknęła gwoździownica Balkusa, który niemal z przyłożenia powalił dwu wrogów, a potem przerzucił ją przez ramię i chwyciwszy kord, zaczął kosić nieprzyjaciół z charakterystyczną dla swojej rasy oszczędnością ruchów.


Che, biegnąc wciąż ku lokomotywie, widziała, że wokół maszyny wrze zajadła walka i leży wiele trupów. Korzystając z nocnego widzenia, zorientowała się, że większość martwych stanowiły osowce, ale poległo też trzech ciemców, a każdy z nich mógł być Achaeosem.
Nie wolno mi tak myśleć. Nie mogła jednak odeprzeć ponurych przeczuć i nogi poniosły ją naprzód.
Osowce dotarły tam wcześniej i teraz zwracały się ku nowym przeciwnikom. Obok Che z sykiem przeleciał ładunek energii, a drugi pomknął ku Tynisie, która zręcznie się uchyliła i w następnej chwili wespół z ojcem dopadła już atakujących.
Oboje zawsze wyprzedzali nieprzyjaciół o sekundę lub o krok i Che – pomimo wszelkich dowodów, jakie mogła zobaczyć w Mynie – ciągle nie mogła w to uwierzyć. Nigdy przedtem nie widziała Tisamona w walce i nigdy by nie pomyślała, że jej przybrana siostra może na równi walczyć u jego boku.
Oboje nie dawali osom czasu ni cienia szansy. Wypadli z mroku na przestrzeń oświetloną ostrym blaskiem lamp i Che wydało się, że upajają się zapachem krwi. Tisamon tańczył ze szponem, jakby byli oddzielnymi istotami atakującymi z różnych kierunków, ale kierowanymi jedną wolą – jak mrówce wywodzące się z jednego miasta. Tynisa była w nieustannym ruchu i nigdy tam, gdzie jej szukały klingi wrogów. Rapiera w jej dłoni nie dało się sparować, zatrzymać czy zmylić. Każde pchnięcie szukało ofiary, podążało za nią, aż w końcu klinga pokrywała się czerwienią.
Scuto minął oboje, poświęciwszy im zaledwie przelotne spojrzenie. Wskoczył do kabiny maszynisty na tyłach „Dumy” i niemal natychmiast wypadł na zewnątrz osmalony żądłem, które liznęło go po ramieniu. Obrońca lokomotywy zwalił się na niego, ale jego kord ześlizgnął się po dziwacznym pancerzu Scuto. Cierniec za to chwycił go i mocno objął i kilka hakowatych kolców wbiło się w jego ciało, inne zaś podrapały zbroję. Che stwierdziła, że musi walczyć z chęcią powstrzymania całej akcji – nie z powodu strachu przed Imperium, ale z obawy o życie Tisamona i jego córki.
część 7
Chociaż absolutnie nie miało to związku z brakiem zaufania do ich umiejętności czy zręczności. Zmusiła się jednak w końcu do skoku naprzód – jej kord znalazł sobie miejsce w grzbiecie osowca walczącego ze Scuto.
Poczuła, jak zgrzyta o jego kolczugę, a potem grzęźnie w ciele. Przeszył ją dreszcz. Była to pierwsza rozlana przez nią krew. Straszne uczucie, a wiedziała, że to dopiero początek. Nie miała jednak czasu na oswojenie się z tą świadomością. Scuto odrzucił ciało wroga do tyłu, wskoczył do kabiny i wyciągnął do Che pełną kolców rękę. Znalazłszy się wewnątrz, oboje spojrzeli zdumieni na mechanizm.
Żadne z nich nigdy czegoś podobnego nie widziało. Panel centralny wykonano z matowego szkła, a za nim umieszczono spiralne kolumny, które iskrzyły się, drgały i płonęły blaskiem. Po bokach znajdowały się tarcze z cyframi i dźwignie, łańcuchowe przekładnie i przełączniki, a przeznaczenie tego wszystkiego było dla Che mocno tajemnicze. Spojrzawszy na Scuto, stwierdziła, że i jemu niewiele mówi to oprzyrządowanie.
– Chciałabym, żeby był tu teraz z nami Totho – stwierdziła ponuro. – Gdy zaczynałam zajęcia z mechaniki, tego rodzaju silniki istniały jedynie w teorii. Znam tylko… podstawy.
– Dobra – warknął Scuto. Walnął w szkło kolbą kuszy, ale ledwie drgnęło. – Znak założyciela! – splunął. – To musi być grube na trzydzieści centymetrów. Nawet granatem tego nie rozwalisz. Możesz mi powiedzieć, jak przeciążyć to draństwo?
Che nie po raz pierwszy znalazła się w sytuacji, w której uznano ją za znawcę, podczas gdy ona miała tak naprawdę niewielkie pojęcie o istocie problemu.
– Spróbujmy – powiedziała. – Po prostu spróbujmy.
Scuto zaryzykował spojrzenie na zewnątrz.
– Ale racz się pospieszyć – poradził.
Klin osowców się rozpadł. Balkus ładował nowy magazynek do gwoździownicy, żeby poczęstować wrogów. Stenwold rozglądał się dookoła i wodził wzrokiem po trupach. Widział osy, które – zaatakowane ze wszystkich stron – padały jedna na drugą. Nieco dalej leżał jeden z żukowców Scuto z osmaloną twarzą, a za nim martwy mucha, patrzący otwartymi oczami w niebo. W następnej chwili wszyscy spojrzeli w górę, gdyż wokół nich zaczęły godzić w ziemię ładunki żądeł. W dół spływała następna fala napastników o ognistych dłoniach i z gotowymi do uderzenia włóczniami. Balkus powitał ich serią bolców, które pozbawiały napastników równowagi i strącały na ziemię.
– Kryć się! – ryknął Stenwold, gdy jeden z mrówców runął martwy, usiłując przeładować kuszę. Sperra już kucnęła w cieniu mniejszej lokomotywy, wściekle kręcąc kołowrotem swojej kuszy.
część 8
Usłyszawszy trzepot w górze, Stenwold rzucił się pod niepewną osłonę kopca ziemi. Gdy ośmielił się spojrzeć w niebo, stwierdził, że całe stało się polem bitwy. Pluton osowców wirował zwarty w zaciekłym boju z ludźmi Achaeosa. W samym środku kotłowaniny śmigał ważka, który jako lepszy latacz od wielu odwracał się właśnie w locie, żeby puścić strzałę w plecy niespodziewającego się takiego manewru osowca. Modliszowiec chwycił wroga za pas, załatwił dwoma szybkimi ruchami szponu i puścił bezwładne już ciało na ziemię. Potem dostał w bok ładunkiem żądła i sam runął w ślad za swoją ofiarą. Spadł na ziemię żywy, ale osa zanurkował tuż za nim i rozpłatał go pałaszem, zanim oszołomiony upadkiem modliszka zdołał się pozbierać. Stenwold strzelił zwycięzcy w pierś, gdy ten wzbijał się ponownie w powietrze.
Ktoś wrzeszczał coś ostrzegawczo, Maker jednak nie zdołał rozróżnić słów. Po chwili jednak było to już niepotrzebne. Wszystko powiedział mu zgrzyt sprzęgieł dobiegający od strony obozu osowców. W polu widzenia pojawił się monstrualny samojazd – przysadzisty, opancerzony twór, nabijana ćwiekami upiorna konstrukcja z przodem przypominającym hełm wartownika, którego szczeliny umożliwiały wyglądanie na zewnątrz. Jego cztery łapy były wygięte jak nogi pająka i poruszały się skokami, obejmując spory teren. Pod tępym ryjem były dwie wielkie kusze, które zaczęły szyć pociskami, zanim jeszcze pojazd zdążył się pojawić na polu bitwy. Na grzbiecie zaś zamontowano balistę, a właściwie ulepszoną jej wersję. Stenwold rzucił się na ziemię, zanim zdążył wszystko dokładnie obejrzeć. Balista była osłonięta tarczą, by chronić strzelca, dostrzegł jednak jeszcze wielki drewniany magazynek obok. Nowoczesna samopowtarzalna balista. Kilka sekund później usłyszał klekotanie broni, gdy ta zaczęła szyć bełtami.
Od razu zrozumiał, że jeśli nic nie zrobią, samojazd rozniesie ich na strzępy. Muszą zniszczyć tę rzecz, zanim zdąży zmienić losy bitwy.
Po pierwszych dwu krokach opuściła go odwaga. Zobaczył, że pocisk z przednich kusz powalił żukowca w zbroi, który runął na ziemię z łoskotem. Z piersi sterczały mu dwie lotki bełtów. Jedna z much z Tharnu spróbowała ataku z góry, ale balista gładko się obróciła i bełt ugodził ją z takim impetem, że przeszedł na wylot, a martwa już kobieta runęła na ziemię.
Samojazd nabierał szybkości. Za nim biegły osowce w sile przynajmniej plutonu. Stenwold wyjął granat, zastanawiając się, jak gruby jest pancerz maszyny. Wiedział, że jest tylko jeden sposób, żeby to sprawdzić.
Zapaliwszy lont, zaczął odliczać – obok śmignął pocisk z balisty – a potem rzucił. Choć jeden raz udało mu się idealnie zgrać czas z odległością. Przez chwilę widział tylko ogień wybuchu i nic więcej, a potem zobaczył samojazd chwiejący się na powyginanych nogach. Siła eksplozji wygięła przednią tarczę i przynajmniej jedna z kusz była uszkodzona, ale po chwili potwór ponownie ruszył przed siebie.
– Zniszczcie to! – ryknął desperacko, nie mając pojęcia, jak to zrobić.
część 9
Za samojazdem wrzała walka, bo opadło tam co najmniej dwu ludzi z oddziału ćmopodobnych. Stenwold zobaczył zbierającego dwoma sztyletami krwawe żniwo szarańczaka, który tańczył, podskakiwał i rozrzucał wokół siebie martwe ciała. Balista odwróciła się ku niemu i wtedy Stenwold zobaczył tył opancerzonego siedzenia strzelca.
– Jazda! Teraz! – ryknął i pobiegł na zbliżający się samojazd, nie wiedząc, czy ktokolwiek podąża za nim.


Achaeos raz jeszcze dźgnął przeciwnika – jego długi sztylet skrzesał iskry z pancerza – a potem wzbił się w powietrze i wykonał spiralę. Obok niego przeleciały dwa albo trzy ładunki żądła. Obejrzawszy się, ciemiec zobaczył, że jego przeciwnik z pociemniałą ze wściekłości gębą wali za nim pocisk po pocisku. Wywinął więc beczkę i pchnął szybko, gdy tylko atakujący go znalazł się w zasięgu jego ramion, trafiając go w nogę. Imperialny odwrócił się za nim, ale jeden z towarzyszy Achaeosa śmignął obok i chwycił wroga za szyję, podczas gdy ciemiec ponownie zmienił kierunek lotu i ciął kilkakrotnie sztyletem, strącając wreszcie osowca na ziemię. Zaraz potem obaj oddzielnie wrócili na pole bitwy.
Wojownicy Achaeosa rozłączyli się i każdy radził sobie sam. Taki mieli sposób walki zarówno podczas nocnych wypadów, jak i regularnych bitew. Nikt nie widział ich biorących udziału w wojnie, ale ta nocna potyczka w każdym z nich obudziła wojownika. Achaeos schował do pochwy sztylet, zsunął za pomocą ruchu ramion łuk z pleców i otworzył kołczan.
W tej chwili zobaczył kroczący dumnie przez pole bitwy samojazd i śmiercionośne urządzenie na jego szczycie, które pluło pociskami na wszystkie strony, obracając się w poziomie i pionie. Przelatując nad nim, zobaczył, że kilku śmiałków odważyło się zaatakować pojazd – i że jednym z nich jest Stenwold.
Stenwold stanął w obliczu śmierci. Stary gruby żukowiec gnał ciężko resztkami sił, a machina i broń odwracały się ku niemu niczym łeb jakiegoś ślepego boga. Nikt nie wierzył w bogów, ale mechanicy i tak ich stworzyli.
Achaeos odwołał się do sztuki. Przypomniał sobie jakże odległą chwilę, w której usiłował zapanować nad umysłem Che, i śmignął ku szczelinie w osłonach balisty. Obok niego przemknęły dwa strzały, a potem poczuł wstrząs kontaktu, gdy jego spojrzenie i umysł zderzyły się ze wzrokiem i umysłem artylerzysty.
Przeciągnął kontakt, gdy skrzydła uniosły go wstecz, aby przynajmniej przez kilka bezcennych sekund wzrok artylerzysty podążał za nim, a broń na ten czas oślepła.
część 10
Thalryk usiłował zorientować się w przebiegu bitwy, ale był to czczy wysiłek, bo stracił kontrolę nad wszystkim. Przeklęte ciemce i ich sojusznicy! Wepchnęły się wszędzie tam, gdzie Stenwold i jego żałośni poplecznicy powinni już dawno paść. Walka przy samej „Dumie” przed chwilą została zakończona, a teraz rozgorzała na nowo i kolejny pluton desantowców opadał w to miejsce, żeby wytępić przeciwników do ostatniego. Samojazd powoli, ale nieustępliwie parł naprzód mimo zaciekłego oporu hellerońskich bojowników. Gdy dotrze do „Dumy”, będzie po sprawie, ale Thalryk wiedział, że w tej chwili niczego jeszcze nie można było przesądzać. Stenwold zebrał liczniejszych sprzymierzeńców, niż się spodziewał. Nawet rozbicie siatki Scuto nie zatrzymało starego żukowca na dłużej.
U jego boku stał teraz major Godran, wybrany do poprowadzenia grupy uderzeniowej na Kolegium, który patrzył na „Dumę” z miną kapitana niepokojącego się o los swojego okrętu.
– Popatrz tylko! – wydusił z siebie, zwracając się do kapitana.
Wskazywał na walkę, która rozgorzała wokół lokomotywy. Thalryk zobaczył to samo. Miała to być potyczka jednego bohatera: osowce szyjące w dół żądłami, a potem opadające na ziemię, by zimną stalą dobić resztkę przeciwników. I w rzeczy samej była. W samym środku zawieruchy szalał jakiś modliszowiec, który poruszał się szybko jak światło i cień. Żądła osowców nie mogły go trafić, a ci, co zbliżali się na odległość miecza, od razu ginęli. Nie było w tym żadnej filozofii. Thalryk nie mógł nadążyć za nim okiem, ale wydało mu się, że tego człowieka otacza aura śmierci, jakby samo powietrze, które go otaczało, było zabójcze dla jego nieprzyjaciół. Kosił ich jak chciał. Nawet z nimi nie walczył. Rżnął niczym rzeźne bydło.
Samojazd nadal brnął przez pole, ale teraz osowce potrzebowały czegoś więcej. Thalryk spojrzał na jedyny motolot, który mogli wykorzystać: sterowiec obserwacyjny z parą nakręcanych samopowtarzalnych kusz pod kadłubem. Dostrzegł nad głową blady korpus i natychmiast zobaczył, że i tam są kłopoty. Sterowiec atakowały ciemce, które waliły rapierami w zbiornik gazu i – przylgnąwszy do gondoli – dźgały sztyletami przez szczeliny członków załogi. Thalryk musiał zrezygnować z gambitu, zanim zdołał wprowadzić na pole swoją figurę. Z tamtej strony nie doczeka się wsparcia.
Pozostało mu tylko jedno. Podjął decyzję.
– Majorze, zabieram pański pluton.
– Kapitanie, czy jest pan pewien, że to mądre posunięcie? – zapytał Godran.
– Nie mam wyboru, majorze. – Thalryk klepnął pięścią w pancerz dowodzącego plutonem sierżanta. – Ty i twoi ludzie, za mną! – powiedział i wzbił się w powietrze.
część 11
Stenwold z kolejnym granatem w dłoni był w połowie drogi do samojazdu, gdy zobaczył, że kopuła balisty ponownie odwraca się w jego stronę i mierzy już niemal w niego – w jej stalowych ramionach i cięciwie z końskiego włosia było dość mocy, by rozedrzeć go na pół.
Ale strzał nie nastąpił. Magazynek pełen półmetrowych stalowych bełtów odkręcił się w górę, ku gwiazdom. Stenwold natychmiast podpalił lont i cisnął granatem.
Zdążył pomyśleć jeszcze, że lont był za krótki, ponieważ zaraz potem został zbity z nóg. Ognisty podmuch osmalił mu brwi, a odłamki metalu podrapały zbroję i skrwawiły głowę. Sekundę później zobaczył także, że wybuch wygiął kopułę w tył. Tuż obok niego przebiegło czterech mężczyzn. Bełt z pozostałej kuszy czołowej powalił biegnącego ze sprężynowym garłaczem żukowca, który runął niemal wprost pod nogi Stenwolda. Trzymający nad głową topór na długim drzewcu skorpion Rakka wyrwał się do przodu, a tuż za nim biegli Balkus i Sperra. Stenwold widział, jak Sperra wzbija się w powietrze i strzela do łucznika za balistą, ale bełt odbił się od opancerzonego gniazda broni. Zaraz potem balista obróciła się i ścieg strzał podążył za muchą. Korzystając z zamieszania, Rakka dopadł do boku pojazdu.
Olbrzym miał przy sobie tylko topór i Stenwold nie wiedział, co zamierza nim zrobić. Zaraz potem jednak topór uderzył w maszynę, godząc w gniazdo, w którym noga pojazdu łączyła się z korpusem. Mogłoby się to wydać daremnym wysiłkiem, ale Rakka był silniejszy, niż Stenwold przypuszczał, bo jego moc wzmagała sztuka skorpionów. Ostrze topora wcięło się głęboko w powłokę nogi, blokując wewnętrzne sprzęgła i tłoki. Gdy więc samojazd zrobił kolejny krok, przednia noga przebyła tylko połowę drogi i machina skręciła w bok.
Obnażone ramię Rakki liznął płomień żądła i skorpion ryknął z bólu. W jego imieniu odpowiedział Balkus i z komory gwoździownicy sypnęły się iskry. Rakka raz jeszcze uniósł topór, skupiając na gnieździe całą swoją siłę, i z dzikim wojennym okrzykiem rąbnął nim raz, a potem drugi – i ładunek żądła ugodził go między łopatki. Po pierwszym uderzeniu noga machiny przechyliła się na jedną stronę. Drugi cios odciął ją niemal całkowicie i gdy pojazd ruszył, odpadła, a korpus zarył nosem w piach, wymachując bezradnie tylnymi odnóżami.
– Dobić draństwo! – ryknął Stenwold, ruszając biegiem przed siebie.
Gdy Balkus odciągał rannego skorpiona, Maker zapalił lont ostatniego granatu i cisnął nim w kopułę balisty.
Granat odbił się od niej, ale wylądował po drugiej stronie, stoczył się po przechylonym teraz korpusie, utknął u podnóża kopuły i wybuchł. Gdy deszcz odłamków opadł, kopuła przypominała metalowy kwiat rozkładający płatki wokół otwartej klapy luku.
Stenwold rozejrzał się za Balkusem i zobaczył, że mrówiec opuszcza ciało Rakki na ziemię, a potem ponownie chwyta gwoździownicę. Nie zdążył go nawet wezwać – Balkus sam podbiegł i wskoczył na przechylony kadłub samojazdu. Skierowawszy broń w otwór włazu, opróżnił magazynek, częstując bolcami wszystkich członków załogi, którzy usiłowali wydostać się na zewnątrz.
część 12
Ale nie był to koniec. Za samojazdem biegli żołnierze w sile przynajmniej plutonu. Stenwold czuł ogromne, przejmujące do szpiku kości znużenie, serce waliło mu w piersi jak młot, a płuca płonęły. Był już na to wszystko za stary. Powinien siedzieć spokojnie w domu i jak wszyscy porządni szefowie szpiegowskich siatek studiować papierzyska. Wyprostował się i ruszył pod osłonę rozbitego samojazdu, żeby poczekać na wrogów.
Ale czekał na próżno. Zamiast runąć na niego, osowce same rozpaczliwie usiłowały odeprzeć jakichś napastników. Nie umiałby rzec, z kim walczą, poza tym, że ci zbrojni nie są ludźmi Achaeosa. Byli to członkowie hellerońskiej gwardii miejskiej, obleczeni w kolczugi, z włóczniami i kuszami w dłoniach. Nie byli tak ruchliwi i zajadli w boju jak osowce, ale mieli przewagę liczebną i całkiem dobrze ją wykorzystywali.
Stenwoldowi przeszło przez myśl, że być może przysłał ich Greenwise, ale któż mógł to wiedzieć. Potem zrozumiał to, co powinno być dlań oczywiste od początku: wrzawa i zgiełk w takim miejscu zwróciłyby uwagę każdego, a gdy gwardziści się zjawili, uznali najbliższych gnających do bitwy ludzi za wrogów.


Thalryk szybko się wzbijał. Widział, że niepokonany modliszowiec wiruje w tańcu śmierci i dwaj kolejni jego żołnierze padają na ziemię – martwi, zanim rąbnęli o nią głowami. Osowiec poczuł dreszcz w sercu. Zwiedził więcej świata niż większość członków jego rasy i słyszał o mistrzach szermierki – ostatnich dziedzicach starego kultu modliszowców – ale nie bardzo mógł w nich uwierzyć. Teraz zaś patrzył na żywy i zabijający jego ludzi ich dowód.
Nie będzie miał drugiej okazji. Przez chwilę obserwował ruchy szponu modliszki, rytm zmiany kroków i walki. Thalryk nie był przecież nowicjuszem: żądło jego sztuki było jego drugą naturą. Potrafił razić nim mocniej niż większość jego ziomków i wiele z nim ćwiczył.
Gdy Tisamon ciął kolejnego żołnierza, Thalryk wybrał odpowiedni moment i uwolnił strugę złotej energii, która śmignęła przed nim niczym spadająca z niebios gwiazda.
Choć było to niemożliwe, modliszka zaczął unik w momencie, gdy jeszcze walczył z przeciwnikiem. Thalryk zobaczył jednak, że jego żądło ugodziło go w bok. Nieubłagany szermierz padł na „Dumę”, odbił się od niej i runął na ziemię.
Zwycięski Thalryk z radością w sercu wylądował na „Dumie”, gotów dokończyć dzieła. I usłyszał okrzyk, który musiała wydać Cheerwell Maker:
– Tisamonie!
Ale on stał już na czele swoich ludzi z rapierem w prawej dłoni i lewą otwartą dla żądła. Zgarbiony modliszka usiłował wstać i Thalrykowi powinno wystarczyć jedno uderzenie, a potem pozostanie mu już tylko wtargnięcie do kabiny maszynisty i unieszkodliwienie tego, kto siedzi wewnątrz – choćby to była Cheerwell.
część 13
To akurat nie bardzo mu się podobało, ale w końcu chodziło o Imperium. To była wojna.
Podniósł wzrok i w tejże chwili ze szczytu lokomotywy z dzikim okrzykiem, szaleństwem na twarzy i wyciągniętym przed siebie rapierem runęła na niego Tynisa. Podniósł klingę i cofnął się, ale za późno, za późno…
Sztych trafił go w pierś, przebił segmentowy imperialny pancerz, lekko się tylko na nim uginając, ale płytki spowolniły cios na tyle, że gdy ostrze dotarło do metalowej plecionki pod nimi, zadrapało dwa ogniwa, rozdarło jedno po drugim, nakreśliło krwawą linię płytkiej rany w dół piersi, aż w końcu ugrzęzło w udzie Thalryka.
Z okrzykiem bólu Thalryk opadł na kolano i zrobił wypad. Trafił dziewczynę w brzuch, ale pchnięcie nie było mocne, bo osłabiły je szok i cierpienie. Zanim więc utoczyło krwi, ześlizgnęło się po jej skórzanym pancerzu, potem trafiło w biodro i w powrotnej drodze musnęło ramię. Tynisa zachwiała się. Thalryk zobaczył, że rozwiera palce, ale rapier nie padł na ziemię i pozostał w jej dłoni, jakby nie chciał być porzucony.
Osowiec wstał, niemal natychmiast opadł na kolano, ale jednocześnie ciął dziewczynę żądłem. Ona jednak uchyliła się zręcznie i cały ładunek ugodził w bok „Dumy”, wybijając w nim dziurę wielkości pięści.
– Zabiłeś go! – wrzasnęła.
Osopodobny runął w tył i zdołał się przetoczyć na bok, unikając jej wypadu, choć sztych rapiera przeorał jego głowę. Major poderwał się i ciął, opierając się o ziemię lewą ręką dla utrzymania równowagi. Dziewczyna odskoczyła.
Tisamon wstał z niemałym trudem. Oboje zachowali śmiertelny spokój. Modliszowiec zatrzymał się na moment zgięty wpół, jakoś utrzymał równowagę, a potem zmusił się do wyprostowania. Jedno ramię przycisnął do osmalonego boku, ale szpon zwisał mu luźno, gotów do zadania ciosu – wciąż niezmożony, mimo że zbroczony krwią dwu tuzinów osowców.
Jego wyszczerzone zęby można było z równym powodzeniem wziąć za grymas bólu lub uśmiech świadczący o chęci do dalszej walki.
Ujrzawszy to monstrum, stojące przed nim w pozie kata, ranny i potłuczony Thalryk poczuł, że puszczają mu nerwy. Zdarzało mu się bać, ale były to zazwyczaj racjonalne lęki. Teraz szarpnął się w tył i machając skrzydłami, cofnął jak najdalej przed tym szalonym zabójcą i jego jeszcze gorszą córką. Potem obok zjawili się jego ludzie, którzy skoczyli do walki – i natknęli się na Tynisę i Tisamona.
Oboje byli ranni i mieli nieco sztywniejsze ruchy, ale nie dali się zepchnąć do tyłu. Thalryk wziął się w garść i rozejrzał za samojazdem, który powinien już tu być.
część 14
Pancerny wóz jednak płonął. Trzy łapy były sztywne, czwartej w ogóle brakowało, z kabiny buchały płomienie, a ze szczelin strzelniczych dym. W górze też zobaczył smugę dymu – płonący sterowiec dryfował ku zgubie.


Pociągnąwszy za dwie dźwignie i obróciwszy jedno z kół, Che poczuła, że silnik lokomotywy ożywa, wprawiając w drżenie płytę pod jej stopami. Wiedziała, że jest blisko. Zamknięta od przodu szkłem komora jarzyła się blaskiem – Scuto zaglądał do niej, osłoniwszy oczy podwójną warstwą płótna. „Duma” drżała, a jej twórcy nigdy nie przewidywali takiego przeciążenia.
– Już prawie – stwierdziła i jeszcze trzykrotnie obróciła koło, zbliżając coraz bardziej przeciążone elementy wewnątrz silnika. Mogła sobie jedynie wyobrazić trzaskające coraz szybciej błyskawice, aż w końcu zleją się w jedno potężne wyładowanie mocy.
– Che… – zaczął nerwowo Scuto.
– Jeszcze trochę – powiedziała mu.
– Che! – warknął. – Już dość! Musimy wiać!
– Dlaczego? – zapytała, podnosząc wzrok znad tablicy rozdzielczej.
Był tutaj tylko w połowie – to mniej więcej powiedziały jej oczy. Druga połowa była mrocznym cieniem, a wszystko inne zalała powódź świateł. Che zrozumiała, że nie jest to żar, tylko samo światło, ale przesycone lśnieniem szkło topiło się jak lód w ciepły poranek, spływając po metalu niczym wosk.
– Musimy uciekać! – ponaglił ją desperacko Scuto, a potem ryknął do tych, którzy stali w pobliżu: – Wszyscy precz od lokomotywy!


Tynisa usłyszała dziki wrzask Scuto. Zobaczyła, że kilku ostatnich osowców już rozgromiono. Zerknąwszy na Tisamona, stwierdziła, że nawet w świetle księżyca widać, jak bardzo jest blady. Przerzuciła sobie jego rękę przez szyję i otoczyła ramieniem biodra. Stęknął z bólu, ale obojgu kończył się już czas. Za nimi z kabiny „Dumy” biło światło, sączyło się też z każdej szczeliny jej korpusu.
Przed nimi klęczał osowiec, który poraził Tisamona. Tynisa ujęła rękojeść rapiera, licząc na to, że zdąży go dobić, zanim on skosi ich żądłem. Ale w jego oczach zobaczyła ból i gorycz rezygnacji. Potem wzbił się w powietrze i zniknął w mroku.
część 15
Oboje upadli na ziemię, a Tynisa obejrzała się i poszukała wzrokiem lokomotywy. Z każdej jej szczeliny biło światło. I zaraz potem „Duma” eksplodowała.
Właściwie nie był to wybuch. Dach lokomotywy z hukiem wyleciał w górę i strumień światła uderzył ku chmurom tworzącym nad maszyną wir dostatecznie wielki, żeby zasłonił księżyc.
Sekundę później w dół uderzyła błyskawica – oślepiająca biała kolumna światła, która ugodziwszy w korpus „Dumy”, rozniosła go na kawałki. Huk gromu, który przetoczył się przez całe niebo, ogłuszył Tynisę, a błyskawica na chwilę ją oślepiła.
Dziewczyna pojęła też, że przed uderzeniem pioruna nie widziała wyskakującej z lokomotywy Che.


Tynisa budziła się powoli i z bólem. Zmieniła pozycję i sen niemal natychmiast wypuścił ją z przyjaznych objęć. Skupiła się na tępym bólu pulsującym w boku i nieco silniejszym w ramieniu. Pomyślała, że to oczywiste. Rana na ręce była wprawdzie lżejsza, ale machała nią, walcząc u boku ojca z ostatnimi osowcami, a potem podpierała Tisamona w biegu i na koniec przyjęła tę niesamowitą eksplozję światła i metalu…
Niewiele więcej zdołała sobie przypomnieć. Zaraz potem jej siły wyczerpały się do cna.
Nie miała pojęcia, gdzie się znajduje. Może pojmały ją osowce?
Zmusiła się do otwarcia oczu. Pomieszczenie rozjaśniało tylko światło słoneczne wpadające przez umieszczone wysoko okienko. Przemknęło jej przez myśl, że jest kryjówce mynejskich rebeliantów, ale miejsce wyglądało inaczej, choć panowała w nim podobna atmosfera.
Uniosła się na łokciu, odkrywając przy okazji, że ktoś oczyścił i opatrzył jej rany. Obok niej leżała kobieta, którą pamiętała z pola walki – wciąż spała albo była nieprzytomna. Tynisa zobaczyła, że jej głowę i piersi spowijają zakrwawione bandaże. Nie była lekarzem, ale stan towarzyszki broni wydał jej się ciężki.
Dalej leżał Tisamon, także pogrążony we śnie. Mimo bólu w boku Tynisa usiadła. Naciągnęła przy tym szwy, ale jakoś wytrzymały. Ojciec więc przeżył. Jego naga pierś unosiła się regularnie i opadała. Dziewczyna zobaczyła na jego ciele długą oparzelinę ciągnącą się od biodra niemal do obojczyka. Ale żył. W zamieszaniu tych ostatnich zapamiętanych chwil nie bardzo wiedziała, czy którekolwiek z nich ocaleje.
Spojrzawszy w drugą stronę, zobaczyła plecy klęczącego obok ciemca. Nie miała pojęcia, skąd to wiedziała, ale była przekonana, że to Achaeos. Doszła do wniosku, że dlatego, iż nie zachowywał się już jak inni członkowie jego rasy. Coś się w nim otworzyło.
Zmieniła pozycję, a gdy to usłyszał, odwrócił się i zobaczyła, że opatruje Che.
część 16
Dziewczyna była przytomna, miała jednak bardzo wiele drobnych ran i zadrapań na twarzy i całym ciele. Ujrzawszy ich liczbę, Tynisa gwałtownie wciągnęła powietrze w płuca.
– To od tej… eksplozji?
Ktoś leżący nieopodal Che wydał z siebie dźwięk przypominający bolesny chichot połączony z kaszlem. Tynisa zobaczyła drugi rząd posłań ułożonych nogami ku tym, którym już się przyjrzała. Jedno z nich zajmował Scuto. Cierniec leżał na brzuchu, a na jego plecach oparzeliny walczyły o lepsze z cierniami.
– Obawiam się, że to przeze mnie – stwierdził Scuto. – Została nam najwyżej sekunda, więc po prostu chwyciłem ją wpół i skoczyłem. Ale wiesz… Niekiedy zapominam o tych moich kolcach. Wszystko to tylko zadrapania, więc gdy się zaleczą, dziewczyna będzie jak nowa. Żukowce to twardziele, zanim jednak ją ze mnie zdjęli, musieli przeciąć jej pancerz.
– A jak poszło? Ilu ludzi straciliśmy?
– Straty są znaczne – stwierdził ponuro Scuto. – Straciliśmy skorpiona, Pedra i Halyarda Brightera. Kiedy walczyliśmy obok „Dumy”, umarła Archedamae, która dostała jeszcze wcześniej, gdy wialiśmy z mojej szopy. I wielu innych. Łatwiej wymienić tych, co przeżyli. Balkus nie załapał się nawet na drobne zadrapanie, skurczybyk jeden. Sperra jest cała poharatana. Na prawo widziałaś Hadraxę, z nią też jest kiepsko. W sumie ze mną zostało pięciu ludzi. Koszt hellerońskiej operacji. To znaczy, chcę powiedzieć, że zrobiliśmy, co do nas należało, szef nie na darmo nas tu przyprowadził, ale zapłaciliśmy za to wysoką cenę. Chłopcom tego tutaj też nieźle się dostało.
Achaeos jedynie kiwnął głową. Tynisa zobaczyła, że ciemiec z troską trzyma w dłoniach rękę Che.


Stenwold zebrał wszystkich zdolnych do podróży. Minęły dwa dni i Che z Tynisą doszły do siebie. Wstał nawet Tisamon, choć wciąż jeszcze odczuwał ból w ranie i chodził z obnażoną piersią, zarzuciwszy tylko na ramiona rozpięty skórzany pancerz.
– Nadszedł czas próby – zaczął Stenwold. – Odnieśliśmy niewielkie zwycięstwo w starciu z potężnym nieprzyjacielem. Nie walczyliśmy za Helleron, Kolegium, nie biliśmy się dla zemsty, sprawiedliwości lub czegokolwiek równie mało znaczącego. Zrobiliśmy to dla Nizin, żeby te zachowały szansę zwarcia szeregów przeciwko wspólnemu wrogowi. Oczywiście to był tylko jeden epizod w tej wojnie. Jak wiecie, dotarła ona już do Tarku i mogę was zapewnić, że Imperium wysyła kolejne wojska na zachód. Musimy ich wyprzedzić z wiadomościami. Naszym hasłem będzie „Jedność lub niewola”, bo to akurat jest czysta prawda. Taka jest przyszłość Nizin: jedność lub niewola. Jedność, jeżeli zdołamy ją zaprowadzić, nigdy nie potrwa długo. Niewolnictwo pozostanie wieczne.
część 17
Wyruszam więc do Kolegium, gdzie jest najlepsza gleba, na której taka jedność może wyrosnąć. Kolegium jest już sprzymierzone z mrówcami z Sarnu, trzeba więc rozciągnąć sieć sojuszów. Jeżeli – czego się obawiam – Tark upadnie, zmieni się w ostrzeżenie wypisane płonącymi literami: Imperium trzeba powstrzymać za wszelką cenę. To niebezpieczna misja, bo osowce uruchomią swoich agentów w Kolegium, Sarnie, Merro i innych miastach, którzy przekonywać będą ich możnych mieszkańców, że Imperium atakuje wyłącznie ich wrogów. Będą nakłaniali wszystkich do zachowania dystansu, gdy padnie ich dawny rywal. I dzięki temu Imperialni pożrą Niziny kęs po kęsie… Nie będziemy walczyć mieczami, tylko słowami. Miecze już tam są, my zaś musimy przekonać ręce, że powinny sięgnąć po stal i wyjąć ją z pochew, by zuchwale rozbłysła w słońcu. Wysłałem już w tym celu emisariuszy do Kolegium, Sarnu i nawet do pająków, którzy w przeszłości zawsze knuli przeciwko zjednoczeniu Nizin. W tym momencie nie odrzucę niczyjej pomocy. Przyjąłbym ją nawet od królestw stonóg i komarów, jeśli takowe nie byłyby tylko mitem.
Powiódł wzrokiem po zebranych przed nim poobijanych i rannych słuchaczach. Była wśród nich jego bratanica i przybrana córka ze swoim prawdziwym ojcem, twardy jak krzemień i zawsze wierny Scuto, najemnik Balkus, który nie otrzymał jeszcze zapłaty, mimo to stawił się tutaj, kierując się własnymi racjami, nieprzewidywalny Achaeos, stojący obok tradycyjnych wrogów jego rasy, i mucha Sperra, która nalegała, żeby ją tu przyniesiono, bo nie odzyskała jeszcze zdrowia, a chciała usłyszeć, co ma im do powiedzenia.
Pomyślał o innych dawnych towarzyszach – Mariusie i utraconej ukochanej Tisamona. Ich śmierć nie będzie daremną, przysiągł sobie. Każdy miecz wzniesiony przeciwko Imperium, każde wypowiedziane słowo może przeważyć szalę zwycięstwa. Będzie gromadził ludzi i wygłaszał płomienne przemówienia, żeby zdobyć dla swojej sprawy zbrojne poparcie. Będzie budził śpiących i otwierał oczy ślepym. A jeżeli z wyroków losu Imperium zaleje i pochłonie krainy, które znał, nie stanie się tak dlatego, że oszczędzi sobie wysiłku ich ratowania.
– Czy pójdziecie ze mną do Kolegium? – zapytał wszystkich i nikt, nawet Achaeos, mu nie odmówił.